Wspomnienie Toskanii

Cały wyjazd zorganizowany pod znakiem wina i roweru, ale butelki z rowerem na etykiecie, w walizce powrotnej, niestety brak. Czy nie miło jednak powspominać zieloną Toskanię, kiedy za oknem temperatura bliska zeru?

Uruchomcie wyobraźnię, ponieważ moje zdjęcia z wyjazdu, zniknęły z dysku. Jak? Kiedy? Nie mam pojęcia…
Zostało jedno zdjęcie, z instagrama. Wspomnienie noclegu w Azienda Agricola Castelvecchio.

Na szczęście była ze mną ekipa Z dala od biura i dzięki Justynie, która jest autorem poniższego tekstu, możecie na chwilę zapomnieć o zimie.

Do kraju zacznie napływać chłodne powietrze znad Rosji. Uczucie zimna spotęguje silny wiatr z północy. Jego podmuchy na Podlasiu i w pasie wybrzeża osiągną nawet 90 km/h. Na Bałtyku utrzyma się sztormowa pogoda.” Tak brzmiała informacja pogodowa na dzień naszego wylotu z Polski do Włoch. Mówią, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Ale chyba tylko latem. Za to październik w Toskanii to czas zbioru trufli i oliwek. Wino już znajduje się w kadziach i fermentuje, tak by w przyszłości przeobrazić się w czerwone chianti. Na włoskich stołach panuje więc festiwal smaków. Ten czas, jako amatorzy dobrego jedzenia i rowerów, postanowiliśmy poświęcić na pedałowanie po pagórkach trasy: Piza – Terricciola – San Giminignano – Siena.

Trochę zbyt spontaniczny zakup biletów lotniczych u taniego przewoźnika zakończył się zaskoczeniem. Liczyliśmy na to, że podobnie jak w innych liniach lotniczych przewóz naszych rowerów będzie tańszy niż bagażu rejestrowanego. Niestety, kilka miesięcy później, już bliżej wyjazdu, po szybkiej kalkulacji okazało się, że w naszym budżecie na 5 dniowy wypad po północnej Toskanii mieści się jedynie wynajęcie zdezelowanych rowerów, które zarezerwowaliśmy przez Internet.

Po lądowaniu w Pizie oddaliśmy się standardowym polskim rozrywkom: porównywaniu polskiej pogody do w zasadzie każdej innej, po czym skierowaliśmy się do autobusu, który podwozi nas do centrum miasta. Lotnisko znajduje się śmiesznie blisko miasta. Nie dojeżdża się do niego ruchliwą autostradą tylko swojską uliczką, prawie tak wąską jak te umieszczane na włoskich pocztówkach.

Wielu turystów przyjeżdża do Pizy jedynie na chwilę, by zapozować pod krzywą więżą. Niektórzy mieszkańcy są oburzeni traktowaniem Pizy po macoszemu. Na nas miasto nie zrobiło jednak zbyt pozytywnego wrażenia. Kiedy po początkowym zachwycie nad krzywą wieżą i bielonymi ścianami katedry opadnie kurz i zapragniesz szybko wbić zęby w jakąś włoską pizzę, kierujesz swoje kroki do pobliskich restauracji. Które nie mogłyby cię bardziej zawieść. Jedzenie jest tu drogie i bez smaku, a mimo to w okolicznych jadłodajniach notorycznie brakuje miejsc. Najlepiej ominąć to miejsce szerokim łukiem i skierować się od razu na trasę albo poszukać jedzenia w oddalonych od centrum uliczkach.

Po wątpliwej przyjemności kulinarnej, udaliśmy się do wypożyczalni. Przyobiecane nam rowery już na nas czekały, być może nawet stały w tym samym miejscu od czasów Mussoliniego. Były wyposażone w ogromne łańcuchy z nie mniej ogromnymi kłódkami, które mogłyby uziemić małego słonia. „W Pizie kradną rowery” – poinformowała nas pani z wypożyczalni.

Ponieważ nie mieliśmy w Pizie zamówionego nawet pół noclegu od razu wyruszyliśmy na trasę. A że zbliżała się noc postanawiamy przenocować nad morzem. Najbliższa plaża znajduje się jedynie kilkanaście kilometrów od Pizy, ale nie obyło się bez kilku logistycznych problemów. Przez nieuwagę wybraliśmy się w trasę „na skróty” drogą prowadzącą wzdłuż linii kolejowej, wypełnionego żabami kanału oraz ciągnącego się w nieskończoność, pokrytego drutem kolczastym ogrodzenia. Noc dawno nastała, tymczasem w tych pięknych warunkach przyrody złapałam gumę w przednim kole. First pancake always sucks. A drut kolczasty okazał się być elementem odgradzającym nas od bazy wojskowej. Jeżdżąc wokół niej po ciemku, z zapalonymi czołówkami, radośnie pedałując w stronę morza, czuliśmy się jak dzieciaki ze „Stranger Things”.

Noc spędziliśmy na kawałku publicznej plaży w Calambrone, która o tej porze roku jest zamknięta na głucho. Publicznej – bo wejście do niej jest ogólnodostępne, co w tych okolicach nie jest standardem. Wybrzeże jest zabudowane hotelami, które skutecznie bronią przejścia przed osobami postronnymi. Zresztą jesienią plaża nie jest najpopularniejszym miejscem spotkań. Wieczorem i w nocy można na niej spotkać jedynie mrugające w ciemnościach końce wędek miejscowych amatorów wędkarstwa.

Rano zaciągnęliśmy ciepłe czapki na uszy i ustaliliśmy naszą dalszą trasę. Planowaliśmy kierować się dokładnie w przeciwpołożną – na południowy wschód, w stronę San Gimigniano, którego strzeliste wieże mieliśmy zobaczyć jednak dopiero następnego dnia po południu. Tymczasem, próbujemy przebić się przez wypełnione TIRami ulice otaczające zjazd z autostrady.  Potem jest już tylko lepiej i nareszcie utrudzony rowerzysta mógł sobie przypomnieć, po co tu przyjechał. Już kilka metrów za Livorno droga zaczyna, póki co, leniwie wspinać się w górę. Porzuciliśmy za sobą ruchliwe arterie i od tej pory aż do końca wyprawy nie straszne nam były wyprzedzające nas samochody. Wokół tylko zielone i brązowe pagórki – w końcu to już październik, co oznacza że w Toskanii jest ciepło, ale nie gorąco. Nocami po niebie przewalają się kłębiaste chmury, które horyzont opuszczają kilka godzin po wschodzie słońca. Dużo pada. No i jest świeżo po zbiorach winogron. Te które będą przerabiane na wino wytrawne przechodzą już fazę fermentacji. Te których przeznaczeniem będzie skończyć w butelce ze słodkim winem są właśnie suszone. Jesień to również sezon na trufle, których każdy smakosz powinien we Włoszech spróbować. Te kartoflowate grzyby można znaleźć teraz wszędzie czy to na wystawach sklepów czy w sosie do makaronu.

W Toskanii warto pozwolić sobie na odrobinę nieba w gębie, bo rejon ten to prawdziwy rarytas dla fanów jedzenia. Żeby więc zmazać kulinarną traumę jaką dla podniebienia jest centrum Pizy, zdecydowaliśmy się na losowy przystanek mniej więcej w połowie drogi między Livorno a Terricciolla. W niewielkiej, położonej wzdłuż trasy miejscowości nasz wzrok przykuła wystawa sklepu. Znajduje się tu spora mleczarnia, w której produkowane są wszelkiej maści sery. Główna atrakcja schowana jest jednak na pierwszym piętrze, gdzie znajdziecie nowoczesną restaurację Il Rifocillo, w której w naprawdę przystępnych cenach możecie zjeść niezapomniany obiad. Szczególnie polecamy steka wołowego w sosie truflowym. Po takiej uczcie trudno jest wrócić na trasę.

Kolejne kilometry wypełnione są rutyną: długimi podjazdami i szybkimi zjazdami. Na trasie było coraz mniej miasteczek, a zatem mniej okazji do uzupełnienia zapasów. Na szczęście nie ma problemu z napełnianiem butelek wodą. Zbliża się jednak pora na obozowanie, co we Włoszech oznacza problem.

Po dwóch godzinach rozglądania się za jakimkolwiek w miarę płaskim kawałkiem ziemi jesteśmy zrezygnowani. Ponieważ jedyne fragmenty włoskiej ziemi nadające się do rozbicia namiotu znajdują się w prywatnych ogródkach Toskańczyków, postanawiamy pokonać wrodzoną nieśmiałość. Uśmiechnięte „Ciao” wymierzone we właściciela chyba największego domu w okolicy okazuje się być stuprocentowo skuteczne. Dzisiejszą noc spędzimy pod domem właściciela winnicy. Nie mówił za dobrze po angielsku, ale udało mu się przekazać nam, że jego żona jest teraz w winnicy, którą widać z miejsca, w którym w tamtej chwili rozmawialiśmy. Snująca się w dół polna droga prowadziła do sporego budynku zwieńczonego napisem CastelVechio.

W winnicy odnaleźliśmy naszą dzisiejszą gospodynię Laurę, która ze zdziwieniem przyjęła do wiadomości, że jej mąż adoptował nas na dzisiejszą noc. Pierwsze lody przełamujemy jednak szybko i wkrótce Laura oprowadza nas po całym dobytku. W piwnicach prasują właśnie nad zeszłotygodniowym zbiorem winogron, a na poddaszu suszą się te, które w przyszłości wylądują w butelkach ze słodszym winem. Skład osobowy jej zespołu odrobinę nas zaskakuje. Okazuje się, że w winnicy pracują wyłącznie kobiety.
[Bardzo żałuję, że nie mam zdjęć, bo miejsce było naprawdę niesamowite! Obiecuję poszukać ich kolejny raz i się nimi z Wami podzielić.]

Na koniec wieczornej wycieczki degustacja i szybkie zakupy. Decydujemy się na butelkę wina wytrawnego oraz deserową specjalność tego regionu: Passito Toscano. Wina te są wyjątkowo słodkie i dość ciężkie, zwykle podaje się je wraz ze słodkimi wyrobami zwanymi tutaj cantucci, które macza się w winie, niczym herbatniki w herbacie.
Zapadła noc i na dworze było już dużo chłodniej. Z przyjemnością przyjęliśmy propozycję podwiezienia nas do domu i powoli wspinaliśmy się w górę siedząc na tylnym siedzeniu fiata. Po drodze minęliśmy rodzinę Laury, która w ciemnościach uganiała się za czymś wokół kościoła. Przed chwilą potrącili autem królika, postanowili go odnaleźć i przerobić na potrawkę.

Na koniec dnia Laura oprowadziła nas jeszcze po całym obejściu. Z zazdrością i podziwem spoglądamy na ogromny kamienny dom z pięknymi drewnianymi okiennicami. Obok znajduje się stary budynek gospodarczy wybudowany w podobnym stylu, z wysokimi oknami wychodzącymi na zachód, który obecnie został przerobiony na niewielki apartament na wynajem. Jest to typowy dom rolnika – mówi Laura. Mieszkamy tutaj w trzy rodziny – Laura i jej mąż oraz brat i siostra ze swoimi rodzinami (to ci którzy szukają właśnie królika). Za domem znajduje się kurnik oraz stara piwniczka, w której przechowują drewniane beczki, pamiętające czasy kiedy winnicą zajmował się teść Laury.
„Kiedy byłam młoda chciałam bardzo szybko uciec ze wsi i robić coś innego. Ale po pewnym czasie człowiek orientuje się, że praca w winnicy wcale nie jest najgorszą rzeczą jaka może ci się przytrafić” – Laura, która po kilku latach pracy w mieści wróciła aby zająć się rodzinnym interesem. Pokazując nam swoją piwniczkę z przetworami sięgnęła po słoik zamarynowanych pomidorów. „Potrzebujcie sosu na śniadanie?” – rzuciła w naszą stronę i poprowadziła do umieszczonej na tyłach ogrzewanej łazienki, w której znajdujemy też ciepły prysznic.

Następny dzień rozpoczęliśmy od wsłuchiwania się w dźwięki deszczu uderzającego o nasze namioty, a następnie – stromego podejścia pod górę. Droga zaczynająca się tuż za domem prowadzi do centrum Terriccioli. Z trudem wspinamy się na górę po czym rozpoczynamy kilkuminutowy, malowniczy zjazd. To miasteczko jest pierwszym na naszej trasie, które całkowicie spełnia przesłanki włoskości. Pełno tu ciasnych uliczek i niewielkich placyków, ukrytych wśród wysokich, surowych murów płynnie przechodzących między siebie kamienic i kościołów. W oknach sklepów z winem znajdujemy duże zdjęcia Andrea Boccelliego. Członkowie jego najbliższej rodziny mieszkają w okolicy i również pracują w przemyśle winnym. Niedaleko znajduje się też jego autorski Teatro del Silenzio – najprawdziwszy teatr położony w szczerym polu. Nie mamy jednak okazji go oglądać. Poprzedniego dnia straciliśmy zbyt dużo czasu na zwiedzanie nadmorskich baz wojskowych.

Za Terricciollą krajobraz Toskanii zmienia się. Zostawiliśmy za sobą brązowe pola uprawne, przed nami coraz więcej stoków wypełnionych winogronami. Między nimi trafiają się również drzewa oliwne, wśród których spacerują domowe świnie. Rolnicy pozwalają im na buszowanie po tych terenach, ponieważ żywią się niszczącymi plony robakami.
Naszym kolejnym celem jest cenione przez wszystkie przewodniki turystyczne San Gimigniano. Miasto, które wygrało genetyczną loterię. Malowniczo ulokowane na wzgórzu (prawdopodobnie założone było przez Etrusków, którzy lubowali się w tego typu lokalizacjach), wyróżnia się nad okolicą jeszcze bardziej dzięki trzynastu kamiennym wieżom. Sprawiają one, że z oddali miasto wygląda jak miniaturowy Manhattan.  Okolice miasta są przepiękne, dlatego też droga z Terricioli do centrum miasta to prawdziwa frajda. Ponownie jednak należy zwrócić uwagę na to, że po drodze nie natrafi się na żadne miejscowości. Zakupy można zrobić tylko w przydrożnych straganach z owocami  (jeśli się na takie trafi). Wodę można uzupełnić korzystając z uprzejmości mieszkańców nielicznych przydrożnych domów. Wokół was tylko pagórki, cyprysy, wszechobecne winogrona, kamienne domy na wzgórzach, wieże kościołów i twierdz. Trudno nie zakochać się w architekturze i poczuciu estetyki tych rejonów i jego mieszkańców.

Po wjeździe do miasteczka skierowaliśmy się stronę jego historycznego centrum. Wypełnione po brzegi turystami, co jest dodatkowo ułatwione przez szerokość uliczek spotykających się na Piazza del Duomo. Kiedyś te klaustrofobiczne dróżki oddzielały od siebie poszczególne dzielnice – koterie rodzinne, które swoje siedziby miały właśnie w tych wysokich wieżach, i które są dziś charakterystycznym symbolem miasta. Członkowie różnych koterii byli ze sobą prawie że tradycyjnie zwaśnieni, niczym kibice rywalizujących ze sobą drużyn piłkarskich. Każda zniewaga mogła doprowadzić do rozlewu krwi. Ponieważ w mieście łatwo było stać się ofiarą ataku, jego architektura musiała ulec zmianie. Koterie potrzebowały schronienia, ufortyfikowanych domów, które mogłyby spełniać podobne role co warowna wieża. Szczególnie, że w średniowiecznych toskańskich miastach żywa była tradycja krwawej vendetty.

Toskania naprawdę spływała wtedy krwią, co zainspirowało nawet Szekspira. To właśnie w późnym średniowieczu toczył się spór między gibelinami i gwelfami, który stał się kanwą „Romea i Julii”. Gibelini i gwelfowie to dwa zwalczające się włoskie stronnictwa polityczne, które zrodziły się w czasie wielkiego konfliktu pomiędzy Cesarstwem a papiestwem. Stawką tego sporu była dominacja nad włoskimi miastami. Gibelinowie popierali Cesarstwo, a gwelfowie papieża  (Montecchi byli gibelinami, a Capuleti gwelfami). Jeśli zastanawialiście się kiedyś czemu był to taki wielki ambaras, że Romeo smalił trochę cholewki do Julii, to wiedźcie, że bitwa stoczona  przez nienawidzących się gwelfów i gibelinów pod Montaperti w 1260 określana jest  jako najkrwawszy dzień w średniowiecznej historii Włoch.
San Gimigniano to jednak nie tylko krew na ulicach. Jedną z przyczyn jego rozkwitu w wiekach średnich był rozwój via Francigena – drogi pielgrzymujących do papieża katolików. Omijała szerokim łukiem wielkie aglomeracje, przez które przechodziły główne średniowieczne trakty lub które nie do końca sprzyjały pielgrzymowaniu i samemu Kościołowi katolickiemu. Via Francigena omijała ogromną Florencję, zahaczała jednak o konkurujące z nimi Sienę i właśnie San Gimigniano. Przez lata zapomniana, w XXI wieku została odkurzona i dziś pod jej nazwą firmowana jest trasa rowerowa prowadząca od Szwajcarii aż do drzwi Bazylii św. Piotra. 70% trasy prowadzi przez utwardzone drogi. Na trasie możliwe jest znalezienie taniego noclegu, również w domach bożych. Oferta jest konkurencyjna cenowo, a nawet w niektórych przypadkach pewnie darmowa. Aby z niej skorzystać trzeba wyrobić legitymację pielgrzyma.
Od San Gimigniano nasza dalsza trasa w kierunku Sieny prowadziła właśnie tą drogą. Pobyt w winnicy nas rozpieścił, szukaliśmy więc kolejnych Samarytan,  którzy pozwolą na rozbicie naszych namiotów u ich bram. Udało się już w drugiej z winnicy. Dostaliśmy pozwolenie na przenocowanie na trawniku tuż przy polu wypełnionym pod horyzont winogronami. Cała obsługa jest jednak bardzo zatroskana o nasze losy. W nocy miało przecież padać, a my chcemy spać na dworze pod kawałkiem materiału. Generalnie wszyscy napotkani przez nas Włosi nie mogą zrozumieć jak o tak zimnej porze roku (w końcu już miesiąc po zakończeniu sezonu letniego) można spać w namiocie.

Korzystając z okazji i małego ruchu w winnicy, rozłożyliśmy się na leżakach i wygrzewaliśmy w ostatnich promieniach słońca, które chowa się za wieżami San Gimigniano. Wieczór spędziliśmy w iście włoski sposób, serwując sobie obiad z trzech dań. Stołowaliśmy się w naszej winnicy, w której w tym samym czasie przebywają też dwie pary Amerykanów. Jeden z nich popełnia błąd i zgłasza zastrzeżenie do smaku mięsa, które jego zdaniem jest zbyt słone. Dalej jest trochę jak w amerykańskiej komedii o stereotypowych Włochach Z kuchni wyłoniła się postawna włoska kucharka, która w głośnych i dobitnych słowach uświadamia go, że mięso jest dokładnie takie jak być powinno i basta! Nas zarówno wielkie ilości jedzenia jak i nieustannie dolewane wino wprawiło w stan półsnu.

Kolejny poranek okazał się być równie pochmurny jak poprzedni. Wieże średniowiecznego miasta schowane są za odchodzącym na wschód deszczem. Nici więc z ostatniego rzutu okiem na San Gimigniano. Kierowaliśmy się wzdłuż Via Francigena do Sieny.

Droga do Sieny mija bez przeszkód. Po co jednak jechać do Sieny? Alternatywą mogłoby być skręcenie na północ gdzie znajduje się stolica regionu Florencja, z jej zabudowanymi mostami i zachodzącym nad kopułami kościołów słońcem. Siena opanowała jednak naszą wyobraźnie już kilka lat temu za sprawą Corsa del Palio. Poza tym tak naprawdę im dalej na południe tym Toskania staje się piękniejsza. Początkowo nasz plan zakładał dotarcie nawet dalej, w stronę Montepulciano. Cyprysy z tamtych okolic będziemy musieli jednak zachować na kolejne odwiedziny w Toskanii.

Corsa del Palio to wyścigi konne organizowane dwa razy do roku na głównym placu Sieny.  Ich historycznym celem było ograniczenie walk pomiędzy dzielnicami Sieny (które były równie zwaśnione jak koterie San Gimigniano) do organizowanych przez miasto igrzysk. W ten sposób energię pożytkowaną wcześniej na kultywowanie vendetty i podsycanie rodzinnych waśni, starano się ukierunkować na wydarzenia sportowe i uwolnić miasto od nadmiernego przelewu krwi.

Te spektakularne wyścigi w czasie których mężczyźni ubrani w pstrokate stroje dosiadają koni na oklep odbywają się do dziś. Dwa razy do roku miasto tonie w ryku emocji i szalonych barwach dzielnic (contrada). Miejsce urodzenia jest tu wciąż ważnym elementem tożsamości kulturowej. Nowonarodzeni mieszkańcy są chrzczeni dwukrotnie – pierwszy raz w kościele a drugi raz w dzielnicy, w fontannie.

My trafiliśmy tu niestety nie w porę – wyścigi odbywają się tylko latem. Mimo wszystko miasto robi na nas ogromne wrażenie. Ciasne uliczki, strzeliste gotyckie wieże i wszechobecne barwy czerni i bieli. Nawet kościół przyodziany jest w te barwy, które według legendy miały być noszone także przez synów Remusa, którzy mieli założyć to miasto.
Spędzamy noc w mieście. Tym razem nie ładujemy się miejscowym do ogródków, tylko wynajmujemy domek na ukrytym wśród drzew kempingu Siena Colleverde. Znajduje się z dala od tłocznego centrum. Polecamy spacer na zachód po Strada Scacciapensieri. Można tu podziwiać okazałe włoskie wille oraz pochodzącą z XII wieku bazylikę, której ogrody mają widok na stare miasto.

Następnego dnia wsiedliśmy do pociągu, który zawiózł nas do Pizy. Dajemy miejscowej kuchni jeszcze jedną szansę, której nie wykorzystuje.

Autor tekstu: Justyna Dzik http://zdalaodbiura.pl/2016/11/02/toskania-skapana-we-krwi/
Materiał został opublikowany w RowerTour / wydanie listopad 2017 / http://www.rowertour.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s